Boisko w PotworowieCoraz więcej fanów piłki nożnej spędza wolne chwile podróżując po stadionach z niższych lig. Informują świat cyfrowy o klubach, które wcześniej istniały jedynie w tabelach 90minut.pl. O ideę groundhoppingu zapytałem znanych praktyków tej osobliwej pasji.


© Autor: Jakub Malicki

Jeśli na wakacje wybierasz się w popularne turystyczne miejsca, zawsze z biurem podróży, bo cenisz wygodę bardziej niż zwiedzanie świata, to prawdopodobnie ten artykuł nie jest dla Ciebie. Jeśli piłka nożna w Twoim mniemaniu to jedynie mecz Ligi Mistrzów lub klubowe mistrzostwa hiper-interkontynentalne, możesz przełączyć na inny kanał. Dzisiaj bowiem zanurzymy się głęboko w piłkarskiej prowincji, poszukamy odpowiedzi skąd wziął się w tej skomercjalizowanej dyscyplinie sportowej nurt alternatywny. Dlaczego są ludzie, którzy w ramach weekendowej rozrywki wybierają drewnianą ławkę w Potworowie, zamiast miękkiego fotela z Camp Nou w telewizorze…

Boisko w PotworowieW Potworowie życie kręci się wokół piłki

Z ojczyzny futbolu do Polski…

Futbol na Wyspach Brytyjskich od zawsze był czymś więcej, niż tylko zawodami, w których 22 gości w krótkich gaciach ugania się po boisku za skórzaną kulką… Ta prosta gra jest tam ważnym elementem kultury, a stadiony piłkarskie wpisują się w krajobraz metropolii, jak i kolorowych miasteczek. Anglicy nie tylko wymyślili piłkę nożną, jaką widzimy współcześnie, ale także potrafili ją odpowiednio opakować – nawet w małych miasteczkach zbudowali charakterystyczne stadiony z kameralnymi trybunami oraz dbali o spójny wizerunek klubów (herby) i komunikację z kibicami (np. programy meczowe).

Boisko w KirkcaldyDawny emblemat Raith Rovers odmalowany na elewacji stadionu

Nic zatem dziwnego, że groundhopping – czyli hobby, polegające na regularnym podróżowaniu po stadionach w celu zobaczenia meczu piłkarskiego – również zrodziło się na Wyspach Brytyjskich. Pierwsi turyści stadionowi pojawili się latach 70, a dekadę później zaczęto nazywać ich „The Happy Wanderers” [za „Daily Star”] lub po prostu „groundhoppers”. Hobby stało się popularne także w Niemczech, Holandii, Belgii czy Norwegii. Również w Polsce od kilku lat można spotkać ludzi, którzy zaliczają mecze, jeżdżąc ze stadionu na stadion, nie zważając na poziom rozgrywek.

Groundhopperzy na stadionie WKS Wawel krakówGroundhopperzy na stadionie WKS Wawel podczas meczu SF Fairant

Jak w każdej dziedzinie, tak i w groundhoppingu pojawiła się rywalizacja – związana z liczbą zwiedzanych stadionów i coraz bardziej egzotycznymi miejscami, w których groundhopperzy oglądają mecze. Jedna z bardziej wyrazistych postaci, Radek Rzeźnikiewicz prowadzący serwis Kartofliska.pl, dotarł do Górskiego Karabachu, szukając rozgrywek piłkarskich, a Szczepan Janus z „Tour de Sport” niedawno wrócił z Korei Północnej, gdzie obejrzał mecz miejscowych z Hongkongiem w ramach kwalifikacji do Pucharu Azji.

Zapytacie, co wspólnego ma groundhopping ze znakami sportowymi, o których zwykle czytacie w tym serwisie… W moim odczuciu, choć nie jestem „czystej krwi” groundhopperem, herby są jednym z najbardziej charakterystycznych elementów opisujących klub. Znaki są wyróżnikiem takiej drużyny, oprócz jej nazwy, barw, stadionu i miejscowości. Co prawda nie spotkałem groundhoppera, który stwierdził, że wybrał dane miejsce z powodu herbu danego klubu, ale nierzadko pasjonaci takiej formy wypoczynku, kolekcjonują bilety z meczów, które obejrzeli oraz inne pamiątki, na których widnieje znak klubu (koszulki, szaliki, proporczyki).


W pogoni za herbami klubów

Moja przygoda z turystyką stadionową zaczęła się rzecz jasna od znaków klubowych i dopiero niedawno dowiedziałem się, że uprawiam tzw. groundspotting, czyli zwiedzanie stadionów, gdy nie odbywa się na nich żaden mecz. Pierwszego meczu, który oglądałem na żywo, czyli WisłaLegia w 1998 roku (4-1), nie mogę traktować jako „zdobyczy groundhopperskiej”, ale już spotkanie Szombierek z MKS Sławków w 2003 roku z pewnością takim było. W kolejnych latach, każdy wyjazd poza rodzime miasto, wiązał się z obowiązkowym odnalezieniem stadionu i wykonaniem fotografii obiektu oraz szyldu z herbem. Ile razy czułem rozczarowanie, gdy np. Kotwica Kołobrzeg takiego nie miała swego emblematu na stadionie podczas wakacji w 2005 roku, choć na szczęście umieścili znak na plakacie meczowym powieszonym w centrum miasta i później mogłem odwzorować ówczesny znak klubu na bazie wykonanego szkicu. Sytuacja ta była jednym z argumentów do zakupu pierwszego aparatu cyfrowego i z malutkim Nikonem Coolpix uwieczniałem już herby klubów od Świnoujścia po Maniowy i dalej od Kirkcaldy po La Lajita…

Grounspotting Fablok Chrzanów, Flota Świnoujście, Poroniec Poroning, Lubań Maniowy„Pocztówki” z wycieczek do Świnoujścia, Maniów, Poronina i… Chrzanowa

A jak zaczęła się przygoda z turystyką stadionową u bardziej znanych groundhopperów? Zapytałem kilka osób, których relacje ze stadionów śledzę w sieci, co dla nich oznacza groundhopping, kiedy zaczęli i czy mają jakieś cele związane z tą pasją. Poznajcie opinie Zuzy Walczak, Szczepana Janusa, Michała Mączki „Futboholika”, Daniela „Goudy” Tworskiego, Marka Walczucha znanego jako „Cfeter” oraz „Dada_6”, które – mam nadzieję – zachęcą Was do zgłębienia tej pasji i śledzenia kanałów naszych rozmówców.


Czym jest groundhopping?


Zuza Walczak Groundhopping

Myślę, że groundhopping śmiało mogę nazwać stylem życia, bo to coś znacznie wykraczającego poza zwykłe hobby. Dla mnie to okazja do podróży, odwiedzania nowych, często nieoczywistych miejsc i poznawania fantastycznych ludzi, często poświęcających swój wolny czas na zaangażowanie w rozwój lokalnego klubu.


Szczepan Janus Tour de Sport Groundhopping

GH jest dla mnie fajnym sposobem na łączenie dwóch pasji czyli podróży i sportu. Dobrym motywatorem do wyjazdów. Mobilizatorem do szukania ciekawych kierunków, meczów czy stadionów. Świetną okazją do spotykania ciekawych ludzi, odkrywania nowych miejsc… no i oglądania piłki w różnych wydaniach.

Cfeter Groundhopping

Dla jednych groundhopping to ciągłe „podbijanie” nowych obiektów. Dla mnie to po prostu zabawa.Jestem bardziej takim groundhopperem regionalnym, który raz do roku, bądź też po kilku latach dokonuje wizytacji lokalnych aren.A to ktoś zamontował krzesełka, a to ktoś zmienił wzór biletu i tak dalej… Mnie najbardziej cieszą takie drobne sprawy.


Futbolowe Zapiski, Dada Groundhopping

Po prawdzie sam nie uważam się za typowego groundhoppera (o czym dalej), raczej za człowieka, który po prostu lubi oglądać na żywo mecze (niezależnie od poziomu rozgrywek!). Zresztą i sam groundhoping ma wiele odmian. Mamy groundhopperów-romantyków, idealizujących klimat niskich rozgrywek, widzących pasję zawodników i działaczy, jednocześnie jednak nie zauważających wielu negatywnych aspektów działalności prowincjonalnych klubów czy niskoligowego kibicowania. Mamy nurt groundhopping ortodoksyjnego, którego przedstawiciele jak ognia unikają wszelkich meczów powyżej ligi okręgowej. Mamy nurt powiedzmy towarzyski, gdzie mecz jest często tylko dodatkiem. Mamy w końcu nurt buntowniczy, którego przedstawiciele głośno wyrażają swój sprzeciw wobec tego, w jakim kierunku podąża współczesna piłka nożna.
Ja nie należę do żadnej z tych grup, choć jednocześnie… w jakiejś mierze widzę u siebie cechy każdej z nich ;). Może prócz ortodoksów, gdyż wcale nie unikam meczów Ekstraklasy czy pucharów europejskich.

A dlaczego nie uważam się za typowego groundhoppera? Ponieważ podczas jednej z rozmów padło stwierdzenie, że prawdziwy groundhopper nie ma rodziny. Rzucone pół żartem, ale trafione :). Bardzo ciężko pogodzić regularne  chodzenie na mecze, wszelkie dalsze wyjazdy z życiem rodzinnym – koniecznością odwożenia dzieciaków na różnego typu zajęcia, odrabiania z nimi lekcji (czy też pilnowania, żeby je odrobiły), czy setkami innych spraw okołorodzinnych. Oczywiście trochę (ok, zostańmy przy tym “trochę”;)) zazdroszczę młodszym kolegom ich wolności. Ale cóż – za kilka lat dzieciaki podrosną, usamodzielnią się i wtedy to ja im pokażę!


Gouda Groundhopping

Jest przede wszystkim odskocznią od stresującej pracy. Chwilą, w której nie sprawdzam skrzynki pocztowej, mogę pogadać ze znajomymi gdzieś z dala od zgiełku miast, napić się napojów wyskokowych i po prostu odprężyć.


Futboholik Groundhopping

Kocham zawodową piłkę, ale niestety zachwycam się już tylko statystyką i magią ich umiejętności, bo cała otoczka jest wielką rzeką syfu, który ma jedno ujście – hajs. Amatorzy pozwalają mi odetchnąć od tych wszystkich niepotrzebnych dodatków – rozkminek o fryzurach, nowych furach, kontraktach których wartość pozwoliłaby wyżywić całą Ugandę.

Oglądam futbol na każdym poziomie od amatorskiego do LM, bywam na meczach w Europie, nie interesuję się niczym innym, bo po prostu nie mam czasu wiedzieć ile cylindrów ma Ferrari, albo oglądać seriali na Netflixie.

Nie uważam tego zajęcia za marnowanie czasu, nie jeden lepszy mecz w B klasie widziałem niż w Serie A i oczywiście, że częściej jest odwrotnie, ale mecz na żywo zawsze jest ciekawszy. Trawa, miejscowi, słoneczko, nowe znajomości, żywe emocje vs przesiadywanie w chacie przed tv. To też jest odpowiedź.

Boisko w KrakowiePojedynek Chorlton FC z SF Fairant na stadionie Korony Kraków…


Kiedy zaczęła się Twoja pasja?


Futboholik Groundhopping

Z dziesięć lat temu? Dzień wcześniej obejrzałem ekstraklasę/pierwszą ligę. Będę szczery i biję się w pierś, poszedłem tam dla beki. Z perspektywy czasu to mega buraczane podejście, ale nie ma ludzi nieomylnych.
I szczerze, to meczycho w B-klasie było fajniejsze. Sytuacje, wrzutki, ludzie się pizgali, kłócili. No młyn jak na Tureckim bazarze. Emocje kipiały jak w wulkanie, a ja myślałem – pojebało ich? Przecież to klasa B.

Ten mecz dał mi więcej frajdy, niż oglądanie dzień wcześniej tego, co wyprawiał Śląska Wrocław.


Cfeter Groundhopping

Zacząłem tak jeździć, gdy Unia Racibórz, klub któremu kibicuję, spadł do ligi okręgowej a to wiązało się z bliższymi wyjazdami. I tak coraz bardziej wciągnąłem się w sprawdzanie, co w trawie piszczy…


Gouda Groundhopping

Tak naprawdę trudno wskazać jakąś konkretną datę. Pewnie w czasie, gdy mama pozwoliła mi wychodzić poza podwórko. Miało to miejsce gdzieś na przełomie wieków, około roku 2000, może 2001. Później sam zostałem kopaczem lokalnego klubu, ale po paskudnym wypadku, musiałem zakończyć grę i jakiś czas szukałem dla siebie rozrywki jaką dotąd dawała mi piłka. Wtedy tak naprawdę zacząłem uganiać się za stadionami, coraz dalej i coraz częściej. Opakowanie futbolu wtedy jak i dziś nie miało dla mnie większego znaczenia, a przed 15 laty klubów piłkarskich na niższych szczeblach było kilkadziesiąt w samej okolicy, więc co weekend lądowałem w jakiś Smardzewach, Leźnicach, Szczawinach czy innych Swędowach.

Pierwszy mecz…Hmmm, z całą pewnością LKS Dąbrówka, klasa B. Boisko, które jako dzieciak zresztą sam budowałem na pierwsze spotkanie klubu po zmianie lokalizacji. Wysypywałem linie, malowałem słupki bramek oraz kontenery, które miały zastąpić zawodnikom szatnie (stoją do dziś). Później nawet brałem udział w jakiś zbiórkach złomu, by lokalny klub założony w 1949 mógł dopiąć budżet na sezon. Zawsze byłem blisko klubu, a kiedy dorosłem to nawet wpisywano mnie w struktury zarządu. Później jednak przeprowadziłem się do Łodzi i tam zacząłem skakać po boiskach.


Zuza Walczak Groundhopping

Nie pamiętam pierwszego meczu na jakim byłam, ale przypuszczam, że mogło to być spotkanie drużyny z mojej rodzinne miejscowości czyli LZS-u Gałązczyce. Natomiast zamiłowanie do intensywnego odwiedzania boisk w amatorskich ligach trafiło mnie kilka lat temu, kiedy już zawodowo zajmowałam się piłką nożną, a przestałam oglądać futbol na żywo. Wtedy doszłam do wniosku, że najwyższa pora to zmienić, ale nie spodziewałam sie, że zrobię to w aż tak diametralny sposób 🙂


Szczepan Janus Tour de Sport Groundhopping

Na pierwsze mecze „nie-swojej” drużyny wybrałem się po przeprowadzce do Anglii w 2009… ale była to bardziej chęć odwiedzenia stadionów, które znałem z TV. Na tyle się przyzwyczaiłem do regularnego oglądania meczów w różnych miejscach, że po przeprowadzce do Pragi postanowiłem dać szanse czeskiej piłce… o dziwo okazało się, że nie liczy się koniecznie poziom widowiska, ze to co się dzieje do okola tez jest interesujące. I tak od 2014 zacząłem zawsze sprawdzać czy jest jakiś mecz w okolicy gdzie jadę… O tym, że ta „choroba” nazywa się groundhopping dowiedziałem się jakoś w 2015.


Futbolowe Zapiski,Dada Groundhopping

Ostatnio w wywiadzie dla weszło kolega Earl Jacob opowiadał, że u niego duży wpływ na zainteresowanie niskimi ligami miał upadek Polonii Warszawa i reaktywacja klubu w IV lidze. Czytając to uświadomiłem sobie, że ze mną było podobnie. To był ten moment, gdy Polonia (której też jestem kibicem) zaczęła grać z przeciwnikami, o których wcześniej człowiek nigdy nie słyszał, jak Amator Maszewo czy Naprzód Skórzec. I gdy okazało się, że… te mecze da się oglądać! :). To chyba był przełom, większe zaangażowanie się w te klimaty. A że trafiło to faceta w wieku inżyniera Karwowskiego, przez następne lata w jakiejś mierze starałem się odrobić “stracony” czas.

Choć nie był to początek odwiedzin niskich lig. Debiut był przypuszczalnie w 1977 lub 1978 r., gdy ojciec zabrał szkraba na chyba dwa mecze podlaskiej okręgówki, gdy na fali zainteresowania sukcesami lokalnego klubu na stadion przychodzili masowo mieszkańcy mojej podłomżyńskiej miejscowości. Niestety – jako że ponoć na trybunach nie było “grzecznie” i dziecko za bardzo interesowało się znaczeniem nowych dla niego słów ;), skończyło się wówczas na tych dwóch meczach. Potem, w 2. połowie lat 80. regularne uczęszczanie na stadion ŁKS-u Łomża. Do dziś mnie boli, że nie prowadziłem wówczas żadnych zapisków i nie pamiętam, na jakich konkretnie meczach byłem. A później, już w XXI wieku (lata 90. to mój całkowity rozbrat z piłką nożną, “obrażenie się” na futbol), okazjonalne wizyty na stadionach głównie przy okazji spędzania gdzieś wakacji. Jak choćby doskonale przeze mnie zapamiętany mecz Kolejarz Czeremcha – Promień Mońki w 2006 r. Ale wtedy jeszcze traktowałem to raczej w kategoriach ciekawostki. W międzyczasie wsiąknięcie w Polonię Warszawa – ale to już historia na osobną opowieść.

Boisko w WilczkowicachBoisko w Wilczkowicach (gmina Michałowice) uniemożliwia drużynom rozwinięcie skrzydeł…


Czy wiążesz z groundhoppingiem jakieś cele?


Szczepan Janus Tour de Sport Groundhopping

Jedyny cel – odwiedzanie nowych, interesujących miejsc. Zobaczyć mecze w każdym kraju na świecie nie dam raczej rady, bo brakuje mi ok 170 do zamknięcia listy. Robienie czegoś na styl angielskiego ’92 club’ też mnie nie kręci… ale nie mówię, że jak zbliżę się bliżej do końca to nie pociągnę tematu… na razie brakuje mi ok 70 angielskich stadionów, by zamknąć listę. Traktuję to po prostu jako dobrą wymówkę na wypad w nowe miejsce, zobaczenie ciekawego meczu, poznanie fajnych ludzi i wypicie piwa albo pięciu 😉


Futboholik Groundhopping

Nie jestem z tych groundhopperów, którzy wykręcają mega liczby i daleko mi do nich, pewnie z uwagi na fakt, że nie chce porzucać profesjonalnej piłki, a w moim przypadku oznacza to nawet śledzenie Bułgarskiej Ekstraklasy.

Uczciwie trzeba powiedzieć, że dużą rolę odegrała Zuza Walczak. Ona… jakby to powiedzieć namówiła na Twittera, na którym poznałem masę innych groundhopperów i ludzi związanych z futbolem.

Gdy widzisz, że inni to robią nakręca Cię to, motywuje. Jak mówiłem liczb nie mam ogromnych, ale i tak są lepsze niż te kilka lat temu gdzie po prostu raz na jakiś czas wypalałem – jadę.


Futbolowe Zapiski,Dada Groundhopping

Jestem przede wszystkim kibicem konkretnego klubu (Polonii Warszawa). To Polonia jest zawsze “klubem pierwszego wyboru” i swoje plany meczowe ustawiam przede wszystkim właśnie pod nią. Na inny mecz pójdę, jeśli mam czas i jeśli akurat nie ma w tym czasie meczu Polonii (lub choćby jej rezerw:))

Nie robię groundhopperskich wyzwań – nie zakładam, że MUSZĘ zobaczyć określone kluby/stadiony. Choć bardzo niektóre z tych wyzwań szanuje – jak “pucharowa drabinka” Karola Kossakowskiego (któremu udało się obejrzeć w każdej kolejnej rundzie Pucharu Polski mecz zwycięzcy spotkania, które widział w rundzie poprzedniej – zaczynając od pierwszej rundy rozgrywek okręgowych, kończąc na finale na Stadionie Narodowym) czy “klub 52” kol. Benia (obejrzenie meczów na stadionach wszystkich klubów występujących na szczeblu centralnym, czyli od Ekstraklasy do II ligi).


Gouda Groundhopping

Początkowo był to tylko model spędzania wolnego czasu i ucieczki od obowiązków w pracy. Z czasem jednak zacząłem to wszystko archiwizować, bo jestem fanem wszelakiej maści statystyk.

Celów tak naprawdę jest sporo. Od zobaczenia choć jednego spotkania na każdym szczeblu rozgrywkowych w Polsce (od Ekstraklasy po klasę B), przez przemierzenie choć 3 tysięcy kilometrów (w tym roku udało się już ponad 5 tys.) po zjedzenie jak największej ilości kiełbas…
Jest też istotny licznik sumy obejrzanych spotkań. Początkowo chciałem obejrzeć 30 spotkań w skali roku. Później było to 52 meczów (tyle ile tygodni ma rok), następnie 70, a dziś celuję już w 100 spotkań na żywo (póki co mam za sobą 78 gier).


Zuza Walczak Groundhopping

Groundhopping to z jednej strony sposób na spędzanie czasu wolnego, bo uwielbiam wybrać się sama lub ze znajomymi na mecz do jakiejś małej miejscowości i oderwać się choć na chwilę od codziennych trosk. Z drugiej strony czuję w tym jakąś swoją małą misję, aby pokazywać, że niższe ligi są ciekawe i wyjątkowe, a przy okazji docenić ludzi, którzy każdego dnia tworzą swoje małe, piłkarskie społeczności. Pokazywać im, że to co robią jest ważne i są wariaci, którzy potrafią na mecz ich drużyny przejechać 300 kilometrów. Dla mnie piłka nożna to fenomen społeczny i własnie groundhopping, z każdym kolejnym wyjazdem, pozwala mi to zjawisko jeszcze lepiej zrozumieć.


Powrót do korzeni

Jeśli miałbym pokusić się o subiektywną definicję groundhoppingu, bazując na wypowiedziach znajomych oraz własnych doświadczeniach – ująłbym tę pasję jako poszukiwanie kolorytu piłkarskiego i kolekcjonowanie wspomnień z miejsc związanych z futbolem. Nostalgiczną podróż do źródeł sportu, bo przecież gry zespołowe powstawały z daleka od kamer i fleszy aparatów… u produ XX wieku młodzi ludzie spotykali się, by poćwiczyć gimnastykę lub wspólnie pokopać piłkę, a dopiero w drugiej połowie zeszłego stulecia organizacje sportowe zrozumiały, że ta aktywność może przynosić gigantyczne zyski. Gdy do sportu wkroczyła telewizja, kibic przeniósł się ze stadionu na kanapę, więc groundhopping stał się odpowiedzią na przesyt transmisjami meczów i komercyjną otoczką tychże.

Dlaczego więc pasjonuję się znakami sportowymi, ich odświeżaniem, a ekspansję medialną futbolu zacząłem uważać za szkodliwą i wypalającą dla tej dyscypliny? Czy powinienem propagować brzydkie, clipartowe herby jako posiadające cechy wernakularne i charakterystyczne dla małych klubów?

Boisko w PotworowieHerb Górnika Mysłowice odmalowany na dawnym stadionie

Otóż nie! Znak sportowy traktuję bowiem nie jako produkt marketingowy (choć oczywiście jest nośnikiem marki), ale przede wszystkim symbol tożsamości klubu. Element, który sprawia, że dany zespół różni się od rywali.

Zanim komputery stały się narzędziem do tworzenia grafik, herby były wykonywane odręcznie, zwykle przez człowieka zajmującego się zawodowo plastyką lub lokalnego artystę. Znaki takie nie zawsze były doskonałe warsztatowo, jak ten przykładowy malunek ze stadionu Raith Rovers, ale miały w sobie unikalne cechy i zawierały lokalną symbolikę. W ostatnich latach za projektowanie znaków biorą się amatorzy, powielając szablonowe pomysły lub kopiując elementy z herbów znanych klubów. Coraz więcej klubów ma herby na koszulkach i wydaje pamiątki – co mnie cieszy – ale rzadko można znaleźć niebanalny szyld na stadionach. Podobnie dzieje się z architekturą stadionów, z których znikają drewniane lub blaszane trybuny. Drewniane ławki zastępowane są plastikowymi krzesełkami na stopniowanych żelastwach, imitujących trybunę, przez co obiekty sportowe tracą swój unikalny charakter. Dlatego groundhoperzy mają jeszcze jedną ważną rolę do spełnienia – uwiecznić na fotografii niszczejące stadiony, zanim staną się „orliko-pochodnym” produktem stadiono-podobnym.